Lubię to!

środa, 20 listopada 2019

Rubinowe Noce

Siedzę i siedzę...
Myślę i myślę...
I nie dziergam.

Zupełnie nie rozumiem, co się w ciągu ostatniego roku dzieje, że u mnie na warsztacie pustka.
Mało szyję, mało dziergam, za to czytam dziesiątki książek i układam miliony puzzli.
No halo!
Zryw do blogowania też znikomy.

Moja wena - sens mojego życia - opuszcza mnie?
A może to już nie to? A może wyszyłam już wszystkie projekty życia?
A i tak nie będę pisać, bo kto to czyta? Ale jak nie piszę, to jak ktoś ma to czytać?

Zauważam,  że ten rok upływa mi na przemyśleniach o wszystkim i o niczym, które prowadzą do... niczego.
Wieje pustką, smutkiem, klasyczną melan*ujnią.
Tylko, że to nie jest stan jak w zimowym filmie: grube skarpety, lampka wina, ogień świec... To trwa za długo.
Mam ochotę potrząsnąć się za ramiona i krzyknąć "Ogarnij się babo! Nie dumaj tyle, tylko dziergaj! Miidori, wracaj z tego niekoralikowego świata, bo gdzieś zabłądziłaś!"

Ostatnio z nostalgią oglądałam zdjęcia swoich starszych biżuksów. "ooo... kiedyś to takie piękne uszyłam... ooo a taki pomysł to skąd miałam? ooo... a to forma bardzo ciekawa...." Oglądałam je tak, jakby to były prace kogoś innego...
Dziwne uczucie, przyznaję.
Często oglądam swoje prace, ale takiego dystansu jak ostatnio, to już dawno nie czułam...

Wtedy natknęłam się na te zdjęcia. Te kolczyki.
Piękne. Nazwałam je Rubinowe Noce.


Fantastyczne guziki potraktowałam jako kaboszony. Lubię guziki, często kupuję po dwa, właśnie z nadzieją, że wykorzystam je w moich haftach.


Obszyłam je tymi najmniejszymi koralikami, widzę tu sporo 15/o od TOHO. Wiecie, że one mają 1,5 milimetra (!) średnicy? Mamy tu też takie fajne, o trójkątnym przekroju... Kilka czeskich kryształków...


Czerń błyszcząca i matowa, bordo i malinowa czerwień, oprószone srebrzystymi drobinkami...


Daty przy zdjęciach mówią, że uszyłam je 30 miesięcy temu. 124 tygodnie temu. Wiecie, jak to dawno?! Bardzo. Za bardzo. To właśnie to stare zdjęcie:


Patrzę na nie i myślę: Ej, zapomniałaś już jak to jest miło obszywać kaboszony? Równo i precyzyjnie? Zapomniałaś, jak to fajnie się szyje, jak jesteś "na fali" i ulegasz wenie, która cię niesie i jakby sama naszywa koraliki dookoła? Jakby czas się zatrzymał, a między tobą a krzesłem nagle zrobiło się kilka centymetrów odstępu? Jak potem znów wracasz w wcale nie większym czy mniejszym skupieniu do równego wyszywania murka na sam koniec? O dobieraniu koralików i podkładu nie wspominając... 

Tak.

To jest wspaniałe uczucie, przecież wiem, że to lubię. Kocham!

W trakcie pisania, wstałam i poszłam szukać kaboszonów i koralików.
Skompletowałam zestaw na niewielkie kolczyki.
Przygotowałam igłę, odcięłam nić.
Odrysowałam wzór, przyszyłam pierwszy koralik.


... wrócę...?

środa, 25 września 2019

Lato. Lato minęło...

Zniknęłam.
Tak, lubię znikać.

Lato minęło.
Ja w tym czasie chodziłam po lasach, łąkach, odkrywałam cudowne miejsca na spacery...
 
Na początku lata odwiedziłam pachnące łąki, które nie miały końca...


Kilka tygodni później wędrowałam po pięknych, ale wymagających Tatrach. Nie raz wspięłam się powyżej 2000 metrów nad poziomem morza. Myślałam, że serce mi wyskoczy uszami, ale było warto...



A pod koniec wsiadłam w samolot i poleciałam do zachodniej Anglii.




Widziałam dużo kwiatów, motyli, zieleni, otwartej przestrzeni, gór, pięknych budynków, witraży...

Ale już wróciłam!
Rozpakowałam się, dopieszczam robótki, które powstały w czasie lata. Przecież zawsze woziłam ze sobą woreczek koralików, igły i nici. Zgrywam miliardy zdjęć, a w międzyczasie przekopuję zapasy koralików, nadal bym dziergała.

Ale tym razem pokażę Wam, nad czym pracowałam na początku lata.
Jak lato, to kolczyki z chwostami.

Poleciałam z tematem i powstało ich całkiem sporo!
Każda para powstała ze szczypty japońskich koralików TOHO. Większość chwostów też zrobiłam sama.
Uwielbiam je wszystkie. Gdybym miała więcej uszu, nosiłabym wszystkie na raz.

Czy wszyscy już wiedzą, że kocham się w tych szarych koralikach?



Tak bardzo je uwielbiam, że powstała z nimi druga para.




Kolejne: złoto śmietankowe.





A tu muszę Wam powiedzieć, że bardzo nie lubię lata. Ale tylko o tej porze można jeść truskawki prosto z krzaczka. Niesamowicie słodkie i gorące od tego szalonego Słońca...




Tak samo maliny, jeżyny, jagody...


Same, ze śmietanką...




Całe lub zmiksowane....







Tak, to jest właśnie jedyny powód, dla którego w czerwcu nie pakuję walizek i nie melduję się na Grenlandii... ;)





Och, ma ukochana zieleni... Zaraz liście opadną... Zielenią muszę nacieszyć oczy na zapas.





Żegnaj lato. Płakać nie będę.
Jeszcze tylko jesień, zima... I znów przyjdzie moja ukochana wiosna!

:)