sobota, 5 sierpnia 2017

10 lat koralikowania...

Czy wiecie, że dziś mija 10 lat, odkąd zrobiłam pierwsze kolczyki dla mamy? To te w lewym górnym rogu :) Ma je do dziś :)


A wszystko zaczęło się od garstki koralików kupionych na Małym Rynku w Kazimierzu Dolnym i książeczki - broszurki "Biżuteria z drutu i koralików", które dostałam od rodziców. No i przepadłam... 



Z tej garstki koralików zrobiły się kilogramy (dosłownie!!), każdy kto mnie odwiedza, robi wielkie oczy i mówi "oooo... ile ty tego maaaaasz...." Ano mam. 



Te małe proste formy zaczęły się rozwijać... Nie wiem czy potrafię teraz na szybko zliczyć wszystkie techniki, których się nauczyłam. Trochę sama, trochę z pomocą miłych koralikowych Koleżanek :)
I tu wielkie uściski, ukłony i podziękowania dla Kasi P., która to kiedyś w piękny słoneczny dzień, gdy miałyśmy okazję wystawiać nasze prace na targowisku, jarmarku (nie pamiętam już co to dokładnie było...) w naszym rodzinnym mieście, pomogła mi rozgryźć koralikowe plecionki i razem stworzyłyśmy parę kolczyków z czerwonych koralików







Przez te lata dokumentowałam swoje prace i liczyłam. Każdej z nich przypisałam kolejny numer. Ostatnia ma 3030. Tak, trzy tysiące z hakiem. Niektóre były tak małe, że nie powinnam ich liczyć, a inne z kolei na pewno gdzieś pominęłam...



W jednych latach dzieł było mnóstwo, w innych już mniej. Ostatnio zwolniłam tempo w biżuterii na rzecz dziergania na drutach. Pierwszy sweter zaczęłam dziergać w listopadzie 2014 r, skończyłam pewnie jakoś po dwóch latach. Znów coś wydziergałam, to coś sprułam... Swetry oczywiście nie doczekały się zdjęć, może wkrótce...



A z kolei rok temu, nabyłam maszynę do szycia. Miejsca na stole zrobiło się mniej, w szafie tak samo. Nowe kiecki i bluzeczki - również bez zdjęć.

Mimo mojego hobby, któremu poświęcam każdą wolną chwilę, kształcę się i pracuję w zupełnie innej dziedzinie. Jednak moja biżuteria nosi się w każdym regionie Polski, ale też w Grecji, Francji, Anglii, Kanadzie, a może i jeszcze w innych miejscach.
A to za sprawą przyjaciół, przyjaciół przyjaciół, wystawiania się na rozmaitych targach, kiermaszach, wspierania od kilku lat aukcji WOŚP.



Uff...
Trochę się tego nazbierało.

Może po tylu latach, doczekam się w końcu i urządzę sobie pracownię z prawdziwego zdarzenia. I się stamtąd nie ruszę :)
Przerażające są przeprowadzki i "oooch... jeszcze koraliki!!" Niedługo czeka mnie kolejna i zaczną się kombinacje jak to wszystko sensownie ułożyć...



Ja sobie z tej okazji życzę więcej wolnego czasu, który mogłabym poświęcić na tworzenie. Resztę już mam :)



Miłego dnia, Kochani!!



piątek, 21 lipca 2017

Atole

Atole.
Zaczęte koło stycznia. W dniu swoich urodzin założyłam je dopiero co wykończone. To było pod koniec kwietnia. Zdjęć się doczekały ponad miesiąc temu, a publikuję właśnie dziś.



Przewrotne życie nie pozwala mi się wyrabiać w terminach. Warkocz sytuacji plecie się bardzo skomplikowanie. Smutne elementy nie pozwalają wyjść spod koca, wesołe nie dają wrócić do domu o przyzwoitej porze. A dodatkowo koraliki stoją troszkę dalej, bo ich miejsce zajął mój przyjaciel Singer, ale o tym innym razem...


Atole wyszyte koralikowym mixem. W głowie zrodził się taki pomysł i muszę Wam powiedzieć, że efekt końcowy jest dokładnym odzwierciedleniem projektu! A taka sytuacja zdarza się baaardzo rzadko.
I tak, gdy już widać było kontur, wykopałam z czeluści pudeł, pudełeczek i woreczków koralikowe końcóweczki, szyłam dwa kolczyki na raz, by mieć pewność, że będą do siebie podobne.



Na płaszczyźnie Atoli zamieszkały: wyżej wspomniana szklana drobnica. Znajdą się i czeskie i japońskie i jakieś inne koraliczki. Błysku dodają szlifowane szklane koraliki, surowości z kolei sieczka awenturynu. Od góry całość zdobią malowane drewienka, od dołu gałązka koralowca.




Wyszły dość spore, pokaźne. Jak zwykle! :)

Co o nich sądzicie?




czwartek, 2 marca 2017

Gaia

W zakamarkach koralikowych zapasów znalazłam woreczek. A w nim mix wielkości takich szklanych koralików w ciemnohematytowym kolorze.

"Co by tu z nimi...."

Dobrałam kamień: delikatnie żyłkowany jaspis. Obszyłam malutkimi koralikami TOHO.

Kształt wisiora wymyślił się sam, od razu.


Do żyłkowania na kamieniu doszyłam kolejne czerwone żyłki.


 Szyło mi się go bardzo miło, przyjemnie i dość szybko.

Tak się prezentuje wykończony:








 I tak na człowieku. Długość żołądkowa, bardzo długi sznurek do wiązania i regulowania długości. Na supeł, na kokardkę, ogonki z przodu, ogonki z tyłu. Takie cuda.




 Co o nim myślicie?

sobota, 4 lutego 2017

Pani Lela

Jakoś w czasie wakacji wpadł do głowy pomysł. Narysowałam na papierze, na filcu, wyszyłam i jest!
Naprawdę, wisior powstał zadziwiająco szybko.


Tak, wisior z wakacji, a mamy luty. Wiadomo jak to jesień, zima - słońca, weny nie ma.

Zaczęło się od ceramicznej pastylki, obok niej wyrosły palemki z rureczek, listki nocy kairu, a potem samo poszło zamykając się w ramkach wyznaczonych w pierwotnym projekcie.



Tyl podszyty delikatną skórką. Całość zawieszona (dzięki moim ulubionym ostatnio "szelkom" :) ) na okrągłym rzemieniu.



Nosiłybyście?